Pourlopowo.

Urlop byl calkiem spoko.
Pierwszy tydzien zlecial niewiadomo kiedy i na zalatwianiu jakis zaleglych spraw.

Drugi tydzien zaczelysmy od wyjazdu do Berlina - i akurat przez caly dzien lalo jak z cebra.
Pozniej bylo Drezno, Moritzburg, Szwajcaria Saksonska, Chemnitz, Lipsk, CB na jeden dzien, Jelenia. Jezdzilysmy pociagami, z jednym plecakiem.

Duzo mialysmy pecha, np. ta najpiekniejsza trasa wedrowkowa zostala dwa dni wczesniej zamknieta, bo byly okropne burze i wichury, mlody chlopak zginal a kilkadziesiat osob zostalo rannych. Byly bardzo wielkie zniszczenia w drzewostanie i wszystko zbyt niebezpieczne, by wpuszczac turystow.

W Chemnitz widzialam sie z M., 1.5 dnia w sumie spedzilismy razem. Nocowalysmy w innym miejscu, ale dosc niedaleko. Bylo bardzo fajnie. Spokojnie, duzo rozmow z dziecmi, duzo drobnych gestow. Nie znam takiego zycia, ale wiedzialam, ze ten wyjazd moze mi wlasnie to pokazac. Dziewczyny od razu super zalapaly kontakt, moja K jest starsza o rok od jego starszej corki. Druga tez nazywa sie Clara, wiec musielismy wymyslec im nicki i wolanie ich bylo troche zabawne, jak obydwie instynktownie reagowaly.

Mysle. ze jestesmy teraz na dobrej, kumplowskiej stopie, ale mam troche metlik w glowie. Bylo kilka roznych gestow i tekstow, ktore mi namacily w glowie. Byc moze niepotrzebnie, nie wiem. Ja sie skupialam bardziej na dzieciach. Tez ciezko bylo tak prywatnie poza dziecmi porozmawiac, tym bardziej, ze dziewczyny ciagle siadaly w trojke kolo siebie, wiec my musielismy siedziec obok siebie. Probowal nas ugadac na trzeci dzien i basen, ale ja sie na to juz nie zgodzilam, zreszta mialysmy zapanowana podroz do Lipska, zero recznikow ze soba, etc. 

Moj tato mial w piatek dosc powazny wypadek, przez co musialam go odebrac jeszcze w poniedzialek ze szpitala i robilam HO. Wczoraj i dzisiaj M nie ma w pracy, bo dzieciaki cos zalapaly na wyjezdzie i go niby tez dopadlo. Wiec nie widzielismy sie od tego czasu. A ja sie zastanawiam, jak to nasze przywitanie bedzie wygladac, bo na pozegnanie dostalam duzego calusa w polik i na odwracanie sie calusa puszczonego z reki. I pomijajac wszystko inne, chyba to mnie wpedzilo w ten wir dziwnych mysli. Bo w sumie nie wiem, czy to ja pewne rzeczy zle interpretuje. I czy powinnam je tak interpretowac. Jak tam bylam, to totalnie o tym nie myslalam. Ale mnie dopadlo, jak wrocilam do domu, D akurat mial wyjezdzac za godzine na weekend na wies, i pierwsze co, to sie mega poklocilismy. 

Brakuje mi spokoju i stabilnosci w zyciu.
Tych najdrobniejszych gestow i tego,
by ktos sie o mnie troszczyl.

I to mi te 1.5 dnia dobitnie uswiadomilo.

***


















Komentarze

  1. Ojeju Can, ja też się teraz zastanawiam, czy dobrze rozumiem Twój wpis :D Ale z D już chyba od jakiegoś czasu jest mocno tak sobie? Ja przynajmniej go odbieram jako takiego nieobecnego, na wielu płaszczyznach

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama nie wiem, jak to wszystko rozumieć. Za to kolega jest chory przez cały tydzień, więc cały natłok przemyśleń na ten temat zdążył mi już ulecieć z głowy. Ja nie wiem, jak Ci odpowiedziec na to pytanie, z D jest jak z D - praca, spanie, dzialka. Aczkolwiek wydaje mi sie, ze np. gorzej juz bylo. Natomiast ja sie przez te ostatnie 3 lata chyba mocno rozwinelam, a on mam wrazenie, ze niebardzo. To nie tak, ze my nie gadamy, ja sie swietnie przy nim bawie, albo on ciagle by probowal mnie zbalamucic 😂 Mimo to, zaczelo mnie meczyc to, ze wszystko organizacyjnie jest na mojej glowie.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty